Nie raz pisałam, z reguły w komentarzach na innych blogach, że uwielbiam kawę. Po prostu kocham ten smak i to lekkie pobudzenie. Nigdy nie piję mocnej kawy, bo najbardziej zależy mi jednak na smaku. Wszelkie desery kawowe, czekoladki itd. zawsze były moje! :) Jednak jak powszechnie wiadomo kawa nie jest dla nas najzdrowsza. Wypłukuje magnez, zakwasza organizm - przez co obniża odporność. Dla zdrowej osoby, która wyrównuje przyjmowanie produktów kwasotwórczych produktami zasadotwórczymi, nie jest szkodliwa. Wszystko w umiarze jest dozwolone. Jednak ja aktualnie staram się oczyścić z wszelkich toksyn, dlatego powinnam jak najmniej przyjmować produktów kwasotwórczych (kawa, herbata czarna, cukier - zresztą każdy wie, co jest niedozwolone). Poza tym po kawie bolał mnie brzuch, silne skurcze jelita - organizm wyraźnie sygnalizował, że źle ją trawię. Ciężko było mi się pogodzić z tym, że muszę zrezygnować z kawy. Poszperałam w internecie i znalazłam zdrową alternatywę.
Kawa probiotyczna Chi-Cafe. Nie wypłukuje minerałów, nawet dostarcza magnezu. Nie zakwasza organizmu. Co najważniejsze, po wypiciu nie mam żadnych rewolucji jelitowych! A smakuje jak zwykła kawa! Robię ją sobie z łyżeczką ksylitolu i mlekiem sojowym.
Producent pisze, że warto też do niej wypić szklankę ciepłej wody, dla lepszego efektu zdrowotnego. Myślę, że chodzi tu o wchłanianie magnezu i pomoc w trawieniu - w kawie zawarty jest również błonnik.
Zresztą wszystko w internecie można sobie przeczytać :)
Niestety jest coś co może odstraszyć. Za 180g. zapłaciłam prawie 40zł. Z tego co wiem można ją zakupić tylko w internecie, ja zamówiłam na allegro. Mimo ceny, na pewno kupię ją jeszcze raz.
Kolejny posiłek dochodzi do mojego jadłospisu: Omlet na słodko. Nie będę go często powtarzać, bo lubię szybkie śniadania, z reguły mam niewiele czasu na ich przygotowanie. Ale fajnie było zjeść coś innego. Ja podałam go z musem z kwaśnego jabłka, posypałam ksylitolem i cynamonem. Przepis zaczerpnęłam stąd.
To tyle z moich nowości.
Papatki :)
środa, 14 sierpnia 2013
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
"Dziewczyny z Nowego Jorku" Gemma Burgess
Przeczytałam tą książkę w 3 dni, pochłonęłam ją. Dla mnie to i tak bardzo krótki czas, dlatego, że ja nigdy nie skupiam się tylko na czytaniu książki. Zawsze rozkładam sobie na kilka dni tą przyjemność, niezależnie od tego jak ciekawa ona jest. Przecież trzeba chyba jeszcze jeść, spać, przewietrzyć się, itd. :)
Opowieść jest o 22-letniej dziewczynie, która pozostaje na utrzymaniu bogatych rodziców. Korzysta z tego jak może. Mieszka w Nowym Jorku, mimo, że jej rodzice pozostali w Europie. Pracuje na stanowisku załatwionym przez ojca. Imprezuje i pewnego wieczoru sprawy zachodzą za daleko. Następnego dnia na facebooka trafiają kompromitujące zdjęcia z imprezy - Pia tańczyła na stole, półnaga! Została wyrzucona z pracy i rodzice ostrzegli ją, że wróci z nimi do domu za dwa miesiące jeśli nie znajdzie sobie porządnej pracy i nie zacznie sama radzić sobie w życiu. Jak można się domyślić Pia nie chce wracać do domu, uważa, że należy do Nowego Jorku, więc intensywnie szuka pracy.
Muszę przyznać, że jej pomysł na siebie jest świetny. Trafił akurat przypadkowo w moje gusta. Postanowiła rozkręcić interes sprzedając zdrowe, niskowęglowodanowe i bezcukrowe posiłki. Może nawet skorzystam z jakichś jej pomysłów?
Ta książka była miłą odskocznią od wcześniejszych tragedii. Teraz zabrałam się za "Projekt: Szczęście". Akurat leżała na półce to sobie pożyczyłam. Nie chcę zbankrutować przez te książki :P Poza tym trzeba je też jeszcze gdzieś trzymać. Ale wracając, książka dosyć ciekawa. Jeśli miałabym ją sklasyfikować do jakiejś kategorii to powiedziałabym, że leży gdzieś pomiędzy powieścią a poradnikiem. Myślę, że trochę dłużej mi zejdzie czytanie jej, dlatego, że mam ostatnio dosyć mało czasu.
Miłego dnia :)
Opowieść jest o 22-letniej dziewczynie, która pozostaje na utrzymaniu bogatych rodziców. Korzysta z tego jak może. Mieszka w Nowym Jorku, mimo, że jej rodzice pozostali w Europie. Pracuje na stanowisku załatwionym przez ojca. Imprezuje i pewnego wieczoru sprawy zachodzą za daleko. Następnego dnia na facebooka trafiają kompromitujące zdjęcia z imprezy - Pia tańczyła na stole, półnaga! Została wyrzucona z pracy i rodzice ostrzegli ją, że wróci z nimi do domu za dwa miesiące jeśli nie znajdzie sobie porządnej pracy i nie zacznie sama radzić sobie w życiu. Jak można się domyślić Pia nie chce wracać do domu, uważa, że należy do Nowego Jorku, więc intensywnie szuka pracy.
Muszę przyznać, że jej pomysł na siebie jest świetny. Trafił akurat przypadkowo w moje gusta. Postanowiła rozkręcić interes sprzedając zdrowe, niskowęglowodanowe i bezcukrowe posiłki. Może nawet skorzystam z jakichś jej pomysłów?
Ta książka była miłą odskocznią od wcześniejszych tragedii. Teraz zabrałam się za "Projekt: Szczęście". Akurat leżała na półce to sobie pożyczyłam. Nie chcę zbankrutować przez te książki :P Poza tym trzeba je też jeszcze gdzieś trzymać. Ale wracając, książka dosyć ciekawa. Jeśli miałabym ją sklasyfikować do jakiejś kategorii to powiedziałabym, że leży gdzieś pomiędzy powieścią a poradnikiem. Myślę, że trochę dłużej mi zejdzie czytanie jej, dlatego, że mam ostatnio dosyć mało czasu.
Miłego dnia :)
piątek, 9 sierpnia 2013
Cud, nie szczotka!
Znowu wpadłam w wir pracy. Po ponad tygodniowym zastoju, znów zarabiam. Co za ulga!
W końcu muszę zarabiać, bo co chwilę wymyślam jakieś nowe wynalazki do kupienia. A jeszcze dużo przede mną! Jedną z rzeczy jakie ostatnio kupiłam jest cudowna szczotka, która w końcu nie przyprawia mnie o łzy.. Dosłownie! Jeszcze kilka dni temu, czesanie było dla mnie wielką męką. Robiłam to tylko i wyłącznie wtedy, gdy była taka konieczność. Mam takie włosy, które ciągną się jak guma. Żadne wspaniałe kosmetyki ułatwiające rozczesywanie nie dawały sobie z nimi rady. A taka niewinna, malutka szczoteczka, spisała się na medal. Dowiedziałam się o niej od jednej z blogerek, na której bloga wpadłam przypadkowo. Naprawdę dużo się tutaj dowiaduję i coraz bardziej przekonuję się jak wspaniałym pomysłem było wciągnięcie się w blogosferę.
Więc dziewczyny, jeśli macie problem z rozczesywaniem włosów, to się nie wahajcie. Co prawda szczotka nie należy do najtańszych, chociaż można ją dostać już od 38zł na allegro - ale jest absolutnie warta swojej ceny. Moja kosztowała 46zł, bo wzięłam model z osłonką, tak abym mogła schować ją do torebki.
Jej dodatkowym atutem jest to, że czesząc się, masujesz skórę głowy, co przyczynia się do pobudzenia cebulek, w efekcie włosy szybciej rosną - ponoć :) Tak czy inaczej, jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką tego oto czerwonego cudeńka:
Ostatnio jakoś spodobało mi się malowanie i zdobienie paznokci. Ćwiczę trochę też na innych, żeby się wprawić :) Ta sówka zabrała mi sporo czasu, ale jestem z niej dumna :D
Dzięki, że chce Wam się zaglądać na mojego bloga. To dla mnie dużo! :)
W następnym poście pewnie napiszę o książce, którą już kończę czytać.
Trzymajcie się!
I zaglądajcie :)
W końcu muszę zarabiać, bo co chwilę wymyślam jakieś nowe wynalazki do kupienia. A jeszcze dużo przede mną! Jedną z rzeczy jakie ostatnio kupiłam jest cudowna szczotka, która w końcu nie przyprawia mnie o łzy.. Dosłownie! Jeszcze kilka dni temu, czesanie było dla mnie wielką męką. Robiłam to tylko i wyłącznie wtedy, gdy była taka konieczność. Mam takie włosy, które ciągną się jak guma. Żadne wspaniałe kosmetyki ułatwiające rozczesywanie nie dawały sobie z nimi rady. A taka niewinna, malutka szczoteczka, spisała się na medal. Dowiedziałam się o niej od jednej z blogerek, na której bloga wpadłam przypadkowo. Naprawdę dużo się tutaj dowiaduję i coraz bardziej przekonuję się jak wspaniałym pomysłem było wciągnięcie się w blogosferę.
Więc dziewczyny, jeśli macie problem z rozczesywaniem włosów, to się nie wahajcie. Co prawda szczotka nie należy do najtańszych, chociaż można ją dostać już od 38zł na allegro - ale jest absolutnie warta swojej ceny. Moja kosztowała 46zł, bo wzięłam model z osłonką, tak abym mogła schować ją do torebki.
Jej dodatkowym atutem jest to, że czesząc się, masujesz skórę głowy, co przyczynia się do pobudzenia cebulek, w efekcie włosy szybciej rosną - ponoć :) Tak czy inaczej, jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką tego oto czerwonego cudeńka:
Ostatnio jakoś spodobało mi się malowanie i zdobienie paznokci. Ćwiczę trochę też na innych, żeby się wprawić :) Ta sówka zabrała mi sporo czasu, ale jestem z niej dumna :D
Dzięki, że chce Wam się zaglądać na mojego bloga. To dla mnie dużo! :)
W następnym poście pewnie napiszę o książce, którą już kończę czytać.
Trzymajcie się!
I zaglądajcie :)
wtorek, 6 sierpnia 2013
Co ja właściwie jem?
Dzisiejszy post będzie odpowiedzią na pytanie, które ludzie
bardzo często mi zadają: Co Ty właściwie jesz??? To pytanie rodzi się nie bez
powodu. Zawsze częstując mnie jedzeniem słyszą ode mnie: nie mogę, nie mogę.
Czy chcesz spróbować? CHCĘ, nawet baaardzo – ale nie mogę! :) Większość się już
przyzwyczaiła, na szczęście. Ale nie martwcie się, ja naprawdę nie głoduję. Na
wszystko można znaleźć rozwiązanie. Co prawda moja dieta nie jest jeszcze zbyt
urozmaicona, chociaż pracuję nad tym. Jem w zasadzie codziennie bardzo podobne
rzeczy.
Jeśli chodzi o docenianie jedzenia, teraz doceniam je dużo
bardziej. Po prostu ze smakiem wręcz rzucam się na wszystko co jest dozwolone,
nawet na warzywa :)
Śniadanie i kolacja:
-
Jajka w różnej postaci. Jednak nie byłam nigdy wielbicielką
jajek, doceniłam ich smak, dopiero w momencie, gdy zostałam pozbawiona wielu
innych smaków – umówmy się, niezdrowego żarcia. Najbardziej lubię je pod
postacią pysznego omleta: podsmażam chudą szynkę, wylewam 2 roztrzepane jajka,
kładę obranego pomidora w plastrach, na wierzch posypuję szczypiorkiem, jeśli
akurat go mam i dużą ilość oregano – zioła są bardzo zdrowe! Przykrywam i
czekam aż jajko się zetnie i voila :)
-
Kolejną propozycją są kiełbaski bezglutenowe z Lidla. Do tego
najczęściej pomidor i ogórek świeży ze szczypiorkiem. Czasem też kukurydza,
albo guacamole.
-
Ostatnio jadam też wafle z brązowego ryżu. Traktuje je jak
chleb. Czyli nakładam szynkę, warzywko i smacznego :)
-
Oczywiście owsianka bezglutenowa, czasem nawet zwykła. Na
wodzie, czasem z odrobiną mleka sojowego, z cynamonem i łyżeczką ksylitolu. Na
tym etapie już naprawdę nie potrzebuję dużo słodzić, nawet nie lubię nic zbyt
słodkiego. Kubki smakowe bardzo szybko przystosowują się. To jest aktualnie mój
ulubiony posiłek.
Obiad:
-
Tutaj nie ma się co za dużo rozwodzić. Przeważnie jest to
mięsko, najczęściej indyk w różnych sosach. Np. duszone ze śliwką (sos robi się
samoistnie z przyprawionego mięsa i dodatków, nie zagęszczamy go mąką), w sosie
słodko-kwaśnym; smażone w mące kukurydzianej. Czasem pieczona ryba lub
kotleciki z ciecierzycy. Zawsze oczywiście z dodatkiem ziemniaków na parze,
zamiennie z kaszą gryczaną, którą uwielbiam. Warzywa na parze (od najczęściej
jedzonych): fasolka szparagowa, cukinia, brokuł, marchew, kalafior. Ze świeżyn
to: sałata z pomidorem, ogórkiem, rzodkiewką – z tym co jest w lodówce
właściwie, polane oliwą z oliwek, z podstawowymi przyprawami. To też właściwie
jest kwestia gustu, dodajemy też odrobinę musztardy do smaku. Czasem jemy
gotowane buraczki czy szpinak.
-
Raz zrobiłam dobre danie i też warto się nim pochwalić:
Potrawka z ciecierzycy, z dodatkiem pomidorów, papryki, marchewki i przypraw.
Świetnie komponowała się z plackami ziemniaczanymi, które też kocham (o ile
można tak silnym uczuciem darzyć jedzenie...).
-
Naleśniki z mąki gryczanej i kukurydzianej z musem jabłkowym –
te dania to już rzadziej, ale zdarza się.
-
Tortille z mąki gryczanej i kukurydzianej, z indykiem i
warzywami. Z dodatkiem sosu czosnkowego (czosnek też jest bardzo zdrowy, ponoć
naturalny antybiotyk).
Drugie śniadanie, podwieczorek, przekąski:
-
Migdały, o których wspominałam tutaj nie raz.
-
Marchewka, kalarepa pokrojona w słupki – fajnie jest sobie
pochrupać. Poza tym ostatnio na www.wp.pl
wyczytałam o tym, że zjadając jedną kalarepę fundujemy sobie dzienne
zapotrzebowanie na wit. C. Czy to nie piękne? Kalarepa jest bardzo dobra, nawet
można powiedzieć, że słodziutka, a w dodatku lepiej przyjmować witaminki w
takiej postaci niż chemiczne tabletki, którym przestałam ufać już dawno...
-
Płatki kukurydziane bezglutenowe z jogurtem naturalnym. Dla
mnie to jest bardzo dobry deser. Nie do końca mój organizm go toleruje – bo to
jest kwestia indywidualna, ale i tak czasem sobie taki funduję.
-
Wszelkie niezbyt słodkie owoce, ja akurat ograniczam się w
tym, żeby też za dużo fruktozy nie przyjmować. Tak więc zielone jabłka,
grejpfruty, cytryna, jagody. Już niestety chyba skończył się sezon na truskawy.
Dziennie staram się wypijać 1,5l wody niegazowanej. Ale
nigdy nie piję jej w trakcie posiłków, tuż przed i tuż po. Warto robić sobie co
najmniej pół godzinne przerwy.
To jest takie moje podstawowe menu, które jak na razie mi
wystarcza i naprawdę nie chodzę głodna. Chociaż może moja postura świadczy o
czymś innym. Tak jestem bardzo szczupła, może nawet mam lekką niedowagę. Jednak
trudno przybrać na wadze nie jedząc właściwie węglowodanów :) Najważniejsze, że
w miarę dobrze się czuję. Najgorsze jest to, że im lepiej się czuję tym gorzej
jest się pohamować przed jedzeniem niedozwolonych produktów, ale jeszcze daję
radę. Wczoraj skusiłam się na racuchy u babci na białej mące, trochę jelito
bolało, ale warto było, bo były naprawdę pyszne! Od kilku dni też piję kawę, bo
strasznie za nią tęsknie. Nie chodzi tu o brak kofeiny w organizmie, chociaż
może trochę też :P Ja po prostu kocham ten kawowy smak. Robię sobie kawę
specjalną: łyżeczka kawy rozpuszczalnej, łyżeczka ksylitolu i mleko sojowe. Na
razie to musi mi wystarczyć. Nie mogę też często jej pić, bo jelito mnie wtedy
boli. Czasem, mimo znania konsekwencji, trudno jest się powstrzymać.
Gratuluję tym, którzy przeczytali całość. Trochę mnie
poniosło :)
Dużo spośród zdjęć mojego jedzenia widzieliście, więc nie będę się powtarzać.
Pora podwieczorku, więc czas coś przekąsić.
Do następnego!
sobota, 3 sierpnia 2013
"Kwiaty na poddaszu" Virginia Cleo Andrews
Skończyłam czytać 5-częściową sagę dzieci uwięzionych na
poddaszu. Cieszę się, że przebrnęłam w końcu przez wszystkie te części, łatwo
nie było. Opowieść ciekawa. Nie spotkałam się z tego rodzaju książką jeszcze,
jednak ja przeczytałam w życiu mało książek, jeszcze tyle przede mną.
Wszystkie te części to opowieść jednej rodziny. Historia
rozciąga się od czasów młodości prababci do dorosłości prawnucząt. Dramat
rodzinny, który bardzo emocjonalnie godzi w uczucia. Przynajmniej ja tak
miałam. Najbardziej, czytając pierwsze dwie części – odczuwałam bardzo skrajne
emocje, od współczucia do nienawiści. Nienawiść? Przecież to tylko postać
fikcyjna.. A jednak, wydaje mi się, że takie historie w życiu się zdarzają.
NIESTETY!
Każda część jest opowiedziana z innej perspektywy, co sprawia,
że opowieść nie jest nudna. Mnie najbardziej podobała się druga część, piąta
też była ciekawa, bo tam rozwikłały się wszystkie tajemnice. Teraz jeszcze
muszę obejrzeć film, który został nakręcony w 1987r. na podstawie pierwszej
części. Jestem bardzo ciekawa tej ekranizacji. Zresztą uwielbiam najpierw
przeczytać książkę, a potem porównać sobie ją z filmem.
Uwielbiam czytać, czuję, że się uzależniam! :)
Pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











